Karol Pantelewicz

W zadumie. Zdjęcia i teksty z Polski, Europy Wschodniej i z głowy.
Więcej zdjęć i tekstów na Instagramie i Facebooku. Więcej o mnie.

  1. ODDessa nad Czarnym Morzem

    Siedzieliśmy nad mapką tanich lotów. "Odessa za 60 złotych!" - byłem podekscytowany i od razu kupiłem bilety na listopad. Choć Ani niewiele ta nazwa mówiła, ja myślałem: "Mały Paryż", "Drugi Petersburg", "Perła Morza Czarnego", "Złote Miasto". Spodziewałem się doznać w tej podróży silnych poruszeń. Spodziewałem się rozpasania sławnego nadmorskiego kurortu (tak często o nim słyszałem), sowieckiej szarzyzny i monumentalizmu, wreszcie egzotyki. Zobaczyłem miasto chaotyczne, trudne do opisania - bo z jednej strony nie tak znów egzotyczne, nie tak pociągające. A jednak, chciałbym do niego wrócić...

    Przylecieliśmy tanimi liniami. Loty z Krakowa do Odessy obsługuje Ryanair. W dobie pandemii trzeba mieć dokument potwierdzający szczepienie i ubezpieczenie podróżne, które pokryłoby ewentualne zachorowanie na terytorium Ukrainy. Nie trzeba mieć natomiast wizy.

    Przed nami byli tu m.in. Awarowie i Madziarowie (osadnictwo na tych terenach ma długą historię, sięgającą starożytnej Grecji), była Rzeczpospolita (przez pół wieku), potem Turcy (Imperium Osmańskie), a wreszcie pod koniec XVIII w. Rosjanie zbudowali tu miasto pod dzisiejszą nazwą (po ukraińsku jest jednak przez jedno "s"). Pierwszym architektem miasta i budowniczym portu był książe de Richelieu, wnuk kardynała znanego z książek Aleksandra Dumasa.

    W XIX w. około połowę mieszkańców stanowili Rosjanie, 30% Żydzi, a 10% Ukraińcy. Polaków było cztery procent: część przybywała tu w ramach zsyłki, inni w interesach, utraciwszy dostęp do portu w Gdańsku. Kilka okazałych posiadłości należało do rodziny Potockich; Polacy zaprojektowali jedne z najważniejszych budynków miasta; byli tu Mickiewicz, Słowacki, Ursyn-Niemcewicz, Kraszewski.

    Wędrując po mieście, z zaskoczeniem odkrywaliśmy ślady polskości. Początkowo do Zofii Potockiej należał pałacyk, w którym obecnie mieści się lokalne Muzeum Sztuki. Projektantem "Pałacu Szacha" - rezydencji w stylu niby to mauretańskim, którą przez krótki czas zajmował rzeczywiście pewien irański szach - był polski architekt, Feliks Gąsiorowski. Jego projektu była także perła odeskiej architektury, wytworny ongiś "Pasaż", hotel i dom towarowy. Dziś mieści się tam kilka modnych, hipsterskich knajpek, w tym "Prey", śniadaniarnia i kawiarnia, w której pewnego ranka delektowałem się najlepszym omletem, jaki jadłem w życiu.

    Chcieliśmy zobaczyć Odessę różnoraką i autentyczną. Wybraliśmy się m.in. do dzielnicy "Mołdawianka" na zachód od centrum, gdzie mieści się duży park, "Diukowski", tj. "książęcy" (na cześć Richelieu). Byliśmy nieco zdziwieni, że cieszy się niesłabnącą popularnością (nad sztucznym jeziorkiem zgromadziły się rodziny z dziećmi w wózkach, pary przechadzały się alejkami), mimo że brak mu zupełnie romantyzmu: popękany asfalt alejek, popękana fontanna. Czasy świetności ma najwyraźniej za sobą.

    "Nowyj Priwoz" widziałem najpierw na jakimś wideo na YouTube. Facet stał na tle ogromnej hali targowej i wyjaśniał, że można tam znaleźć wszystko i to w przystępnych cenach. "Priwoz" i jego nowsza część, "Nowyj Priwoz", to zespół różnego rodzaju budynków targowych, zajmujący co najmniej cały kwartał. Zaczęło się chyba od najmniej imponującego, zwykłego targowiska opodal dworca autobusowego; potem powstała pewnie hala targowa przysłonięta półkolistym sklepieniem, w której, na ogromnych ladach, licznie zgromadzeni handlarze sprzedają mięso; najnowsze jest zapewne centrum handlowe, mieszczące się w budynku przypominającym biurowiec. Z szóstego piętra tego gmachu ze stali i szkła (na wyższe klient nie może już wjechać - znajdują się tam biura) robiłem zdjęcia hal targowych i, znajdującej się w oddali, cerkwi św. Pantelejmona (od którego pochodzi moje nazwisko). Zza pleców usłyszałem kobiecy głos w nieprzyjemnym, piskliwym tonie indagacji: "A co wy tu fotografujecie?". "Tamtą przestrzeń i cerkiew w dali" - odpowiedziałem, ale nie znajdując w spojrzeniu pytającej zrozumienia, dodałem - "Widać cerkiew św. Pantelejmona". Na twarzy kobiety pojawił się grymas zdziwienia.

    Innym razem szliśmy przez kolejny z parków (jest ich dużo), gdzie oczekiwałem ratunku po długim marszu, ktory tego dnia sobie zafundowaliśmy. Dopadłem budyneczku z toaletami. Siedziała przed nim staruszka o posępnej twarzy, cała na czarno. "Ile kosztuje toaleta?" - zapytałem. Niemym gestem wskazała drzwi. Wisiała na nich kartka: "4 hrywny". Wyciągnąłem z portfela jedyny znajdujący się w nim banknot - sto hrywien. "Mam tylko to" - powiedziałem przepraszającym tonem. Staruszka westchnęła głęboko - "Co ja mam zrobić z twoimi stoma hrywnami?" - i machnęła ręką z wyrazem szczerego poirytowania. "Tak musiało być tu za Związku Radzieckiego! Cudownie!" - pomyślałem w duchu, jak typowy naiwny turysta, ale nie powiedziałem nic, tylko oderwałem trochę papieru toaletowego (o fakturze ściernego) z rolki leżącej obok staruszki.

    Ostatniego dnia postanowiliśmy wybrać się na plażę "Lanżeron", na której Ania chciała zamoczyć stopy w morzu (co uznała za jeden z żelaznych punktów podróży do miasta nadmorskiego). Jest ona oddalona od najbardziej reprezentacyjnych traktów miasta, na ich wysokości bowiem brzeg morza jest zabetonowany i przemysłowy - port jest ogromny.  Na "Lanżeronie" także nie przespacerujesz się brzegiem morza - co prawda piasek już tu jest i do tego tak przyjemny, jak nad Bałtykiem, ale plaża poprzetykana jest regularnymi betonowymi umocnieniami.

    Chciałbym znaleźć się w Odessie z XIX wieku, Odessie rozłożystej, Odessie szerokich i pięknych alej i, tak mi bliskich, klasycystycznych kamienic i pałaców. Przechadzać się tymi alejami, wysadzanymi różnymi gatunkami drzew (rozmaitszymi niż w Polsce) i śniadać w wytwornych lokalach. Tylko bez cara ni zaboru. Wszystko jest przecież możliwe w wyobraźni. Nostalgia? Więc to dla niej chciałbym wrócić do Odessy?


  2. Szklarska Poręba

    W Szklarskiej Porębie czuję się nieswojo, mimo, że widoki bywają charakterystyczne i piękne. Ania zachwyca się formacjami skalnymi, które przypominają jej Norwegię. Cieszy się, gdy spotykamy każdy większy głaz. Porównuje jego kształt i fakturę do tych, które pamięta z wędrówek po Norwegii. Te w Szklarskiej są podobnie imponujące, ale jakby bardziej obłe.

    Ja nie mogę zapomnieć, że miejscowość leżąca w dole nazywa się Szklarska Poręba, ale nazywała Schreiberhau. Mam kłopot ze wszystkimi miejscami, które zbyt szybko lub zbyt niedawno przeszły z rąk do rąk. Nie ufam im.

    Ten brak zaufania tylko potęguje zupełna chaotyczność zabudowy i charakteru miejscowości. Gdzieniegdzie można jeszcze dojrzeć poniemieckie kamienice, są i po-PRL-owskie ośrodki, a agresywnie wdziera się nowe budownictwo – ogromne spa i resort hotels.

    Podobno nazwa miejscowości, zarówno polska Szklarska Poręba, jak i oryginalna niemiecka Schreiberhau, odnoszą się do czternastowiecznych hut szkła i wyrębu lasów, który był do tamtego procederu potrzebny. Dziś liczni, nawet mimo pandemii, turyści, wychylają inne szkło. Pełno jest w dole restauracji i barów, choć raczej niewyszukanych. Omijamy je, omijamy też dziwaczną „wioskę walońską” – ni to starożytną, ni to współczesną („walończycy” podobno zajmowali się wydobyciem i obróbką kamieni szlachetnych). Bardziej interesuje nas domek Wlastimila Hofmana – malarza, symbolisty, który był uczniem Jacka Malczewskiego. Jak czytamy – prostego, skromnego człowieka żarliwej wiary.

    Docieramy do „Złotego widoku” – pięknej polany, z której w całym majestacie odsłania się panorama Karkonoszy. Zastajemy ją akurat o zachodzie słońca. Wpatrujemy się, jak jego promienie ciepło otulają puszyste obłoki.

    Na szlaku pod Łabski Szczyt jesteśmy wdzięczni i dumni, że wpadliśmy na pomysł wypożyczenia zakładanych na buty raków. Bez nich marsz oblodzonymi ścieżkami zająłby nam co najmniej godzinę więcej. W górze zastaje nas śnieżyca. Śnieg pada mocno, z ukosa. Zapominamy o miasteczku w dole.

    Więcej o Wlastimilu Hofmanie można przeczytać na stronach "Niezłej Sztuki" i portalu Culture.pl.


  3. Brześć nad Bugiem

    Część I. Warszawa

    „To czemu przyjechałeś studiować do Warszawy?” – nauczyłem się, że to pytanie zawsze nieuchronnie następuje po „Skąd jesteś?”. Jestem z Krakowa. Na Filmówkę mnie nie przyjęli, a Uniwersytet Warszawski był jedyną państwową uczelnią, na której mogłem studiować fotografię. Tak tu trafiłem. Przypadkiem.

    Na pierwszym albo drugim roku wybrałem ciekawy „ogun” (tak studenci nazywają przedmioty ogólnouniwersyteckie) o ikonie prawosławnej. Dziadek był prawosławny i chciałem się dowiedzieć czegoś o jego kulturze (z dzieciństwa pamiętam jedynie sporadyczne wizyty w cerkwi przy Szpitalnej – jak przez mgłę, mgłę mocno okadzanej cerkwi). Przygotowując referat zaliczeniowy, poprosiłem współprowadzącego zajęcia, młodego doktoranta, o rozmowę. Umówiliśmy się w BUW-ie:

    - Twoja rodzina pochodzi z kresów? – zapytał na wstępie.
    - Tak.
    - A czy może z Brześcia? – pytanie było już niebezpiecznie konkretne.
    - Tak…
    - A czy twój pradziadek był adwokatem i prowadził w Brześciu chór cerkiewny?
    - Tak!

    Pradziadek Witalija, mojego młodego doktoranta, również prowadził chór. Nasze rodziny się znały i lubiły. Były członkami małej inteligenckiej brzeskiej społeczności. Wojna je rozdzieliła. My, prawnukowie, spotkaliśmy się po latach. Przypadkiem.

    Podczas wojny mój pradziadek zginął w hitlerowskim więzieniu, a dziadek musiał przerwać studia. Po wojnie dokończył je w Krakowie. Obydwaj studiowali na Uniwersytecie Warszawskim. Kontynuuję tę tradycję. Przypadkiem.

    Wracaliśmy wczoraj z Anią z „Całonocnego czuwania” Rachmaninowa, ze Studia Lutosławskiego na Mokotowie. Wsiedliśmy do metra na stacji Wierzbno. Witalij siedział przy drzwiach wagonu z małą gałązką jaśminu w ręku (Witalij lubi kwiaty). Spotkaliśmy się przypadkiem.

    Część II. Brześć

    Jadąc z mamą do Brześcia, nie wiedzieliśmy czego się spodziewać. Przed wyjazdem przeczytałem tylko, że białoruskie miasta niewiele różnią się od naszych (może tylko, jak się potem okazało, są czystsze). Na miejscu, u naszych drogich Michalczuków, poczuliśmy się jak dawno nie widziani przyjaciele (bo rzeczywiście ostatni z Pantelewiczów był w Brześciu jakieś siedemdziesiąt lat temu). Pradziadek Witalija miał przed rewolucją domek z ogrodem. Sowieci go zabrali. Pozwolili choć wybrać mieszkanie (w bloku). Pradziadek zdecydował się na ul. Nadbrzeżną, by mieć widok na Muchawiec. W ciepłe dni trakt przy Muchawcu tętni życiem – zakochane pary, bawiące się dzieci, stoiska z watą cukrową.

    W Brackiej Cerkwi Bazyli Pantelewicz prowadził chór. Wspólnie z grupą innych brześcian tworzyli przy rosyjskim gimnazjum Towarzystwo Muzyczne. Odwiedziliśmy jego dom przy ul. Kościuszki. Za Sowietów zakwaterowano tam trzy rodziny. Rodzina mieszkająca od ulicy nie odpowiadała na pukanie, spróbowaliśmy więc od ogrodu. Otworzyła nam pani z dzieckiem – początkowo słuchała nas bez entuzjazmu, by w końcu się do nas przekonać i pokazać, co zostało z domu pradziadka.

    Wieczorem poszliśmy zobaczyć ruiny Twierdzy Brzeskiej. Wznosząc ją, car rozkazał zrównać dawny Brześć z ziemią. Od 1919 r. twierdza należała do Polski. Za ZSRR postawiono tu gigantyczny, złowieszczy pomnik radzieckiego sołdata, wyższy być może niż dziesięciopiętrowy blok mieszkalny. Straszny żołnierz chciał nam przypomnieć, kto tu rządził (rządzi?). Księżyc się go jednak nie bał i oświetlał z równą mocą tak sołdata, jak i wędkarzy, łowiących ryby przy skarpie obok murów twierdzy.


  4. Drewniane wileńskie przedmieścia

    Od zgiełku i turystyczności centrum litewskiej stolicy uciekliśmy – początkowo za rzekę, do Zwierzyńca (lit. Žvėrynas), a potem za tory, w głąb Nowego Światu. Obydwie te podróże – na północ i południe Wilna – przedstawiają powyższe zdjęcia. Wspólna dla tych opowieści jest drewniana, podmiejska zabudowa i ślady prawosławia (być może także obecności Rosjan – osiedlali się tu ponoć zwłaszcza za rozbiorów, gdy Wilno znalazło się w Cesarstwie Rosyjskim i gdy na Nowym Świecie powstał dworzec kolei łaczącej Wilno z Petersburgiem). Te drewniane domy są piękne – ciche, autentyczne, na uboczu; często także w bardzo dobrym stanie (najwyraźniej ich urok doceniają także nowi właściciele). Szliśmy tymi podmiejskimi szlakami i wyobrażaliśmy sobie życie tutaj sto lat temu.

    Weszliśmy na prawosławny cmentarz i krętą ścieżką między grobami dotarliśmy do małej cerkiewki (wybudowano ją na kształt kapliczki). W środku zastaliśmy sprzątaczkę, zmywającą podłogę. Skinęła bez słowa, żebyśmy weszli dalej. Ania myślała, że to wyjątkowy ikonostas – tylko z wrotami królewskimi, pozbawiony wrót diakońskich, bocznych. Rzeczywiście były mało widoczne. Wkrótce jedne z tych nieistniejących wrót się otwarły i przed ikonostasem przeszedł prawosławny ksiądz. Potem skierował się w naszą stronę, minął nas i wyszedł. Ania uznała to za wyniosłość. Ja pomyślałem raczej, że chciał nam dać sposobność obejrzenia cerkiewki w ciszy.

    Więcej o drewnianej zabudowie Zwierzyńca można się dowiedzieć z artykułu Jerzego Szałygina.


Built with Berta.me