Karol Pantelewicz

W zadumie. Zdjęcia i teksty z Polski, Europy Wschodniej i z głowy.
Więcej zdjęć i tekstów na Instagramie i Facebooku. Więcej o mnie.

  1. Szklarska Poręba

    W Szklarskiej Porębie czuję się nieswojo, mimo, że widoki bywają charakterystyczne i piękne. Ania zachwyca się formacjami skalnymi, które przypominają jej Norwegię. Cieszy się, gdy spotykamy każdy większy głaz. Porównuje jego kształt i fakturę do tych, które pamięta z wędrówek po Norwegii. Te w Szklarskiej są podobnie imponujące, ale jakby bardziej obłe.

    Ja nie mogę zapomnieć, że miejscowość leżąca w dole nazywa się Szklarska Poręba, ale nazywała Schreiberhau. Mam kłopot ze wszystkimi miejscami, które zbyt szybko lub zbyt niedawno przeszły z rąk do rąk. Nie ufam im.

    Ten brak zaufania tylko potęguje zupełna chaotyczność zabudowy i charakteru miejscowości. Gdzieniegdzie można jeszcze dojrzeć poniemieckie kamienice, są i po-PRL-owskie ośrodki, a agresywnie wdziera się nowe budownictwo – ogromne spa i resort hotels.

    Podobno nazwa miejscowości, zarówno polska Szklarska Poręba, jak i oryginalna niemiecka Schreiberhau, odnoszą się do czternastowiecznych hut szkła i wyrębu lasów, który był do tamtego procederu potrzebny. Dziś liczni, nawet mimo pandemii, turyści, wychylają inne szkło. Pełno jest w dole restauracji i barów, choć raczej niewyszukanych. Omijamy je, omijamy też dziwaczną „wioskę walońską” – ni to starożytną, ni to współczesną („walończycy” podobno zajmowali się wydobyciem i obróbką kamieni szlachetnych). Bardziej interesuje nas domek Wlastimila Hofmana – malarza, symbolisty, który był uczniem Jacka Malczewskiego. Jak czytamy – prostego, skromnego człowieka żarliwej wiary.

    Docieramy do „Złotego widoku” – pięknej polany, z której w całym majestacie odsłania się panorama Karkonoszy. Zastajemy ją akurat o zachodzie słońca. Wpatrujemy się, jak jego promienie ciepło otulają puszyste obłoki.

    Na szlaku pod Łabski Szczyt jesteśmy wdzięczni i dumni, że wpadliśmy na pomysł wypożyczenia zakładanych na buty raków. Bez nich marsz oblodzonymi ścieżkami zająłby nam co najmniej godzinę więcej. W górze zastaje nas śnieżyca. Śnieg pada mocno, z ukosa. Zapominamy o miasteczku w dole.

    Więcej o Wlastimilu Hofmanie można przeczytać na stronach "Niezłej Sztuki" i portalu Culture.pl.


  2. Brześć nad Bugiem

    Część I. Warszawa

    „To czemu przyjechałeś studiować do Warszawy?” – nauczyłem się, że to pytanie zawsze nieuchronnie następuje po „Skąd jesteś?”. Jestem z Krakowa. Na Filmówkę mnie nie przyjęli, a Uniwersytet Warszawski był jedyną państwową uczelnią, na której mogłem studiować fotografię. Tak tu trafiłem. Przypadkiem.

    Na pierwszym albo drugim roku wybrałem ciekawy „ogun” (tak studenci nazywają przedmioty ogólnouniwersyteckie) o ikonie prawosławnej. Dziadek był prawosławny i chciałem się dowiedzieć czegoś o jego kulturze (z dzieciństwa pamiętam jedynie sporadyczne wizyty w cerkwi przy Szpitalnej – jak przez mgłę, mgłę mocno okadzanej cerkwi). Przygotowując referat zaliczeniowy, poprosiłem współprowadzącego zajęcia, młodego doktoranta, o rozmowę. Umówiliśmy się w BUW-ie:

    - Twoja rodzina pochodzi z kresów? – zapytał na wstępie.
    - Tak.
    - A czy może z Brześcia? – pytanie było już niebezpiecznie konkretne.
    - Tak…
    - A czy twój pradziadek był adwokatem i prowadził w Brześciu chór cerkiewny?
    - Tak!

    Pradziadek Witalija, mojego młodego doktoranta, również prowadził chór. Nasze rodziny się znały i lubiły. Były członkami małej inteligenckiej brzeskiej społeczności. Wojna je rozdzieliła. My, prawnukowie, spotkaliśmy się po latach. Przypadkiem.

    Podczas wojny mój pradziadek zginął w hitlerowskim więzieniu, a dziadek musiał przerwać studia. Po wojnie dokończył je w Krakowie. Obydwaj studiowali na Uniwersytecie Warszawskim. Kontynuuję tę tradycję. Przypadkiem.

    Wracaliśmy wczoraj z Anią z „Całonocnego czuwania” Rachmaninowa, ze Studia Lutosławskiego na Mokotowie. Wsiedliśmy do metra na stacji Wierzbno. Witalij siedział przy drzwiach wagonu z małą gałązką jaśminu w ręku (Witalij lubi kwiaty). Spotkaliśmy się przypadkiem.

    Część II. Brześć

    Jadąc z mamą do Brześcia, nie wiedzieliśmy czego się spodziewać. Przed wyjazdem przeczytałem tylko, że białoruskie miasta niewiele różnią się od naszych (może tylko, jak się potem okazało, są czystsze). Na miejscu, u naszych drogich Michalczuków, poczuliśmy się jak dawno nie widziani przyjaciele (bo rzeczywiście ostatni z Pantelewiczów był w Brześciu jakieś siedemdziesiąt lat temu). Pradziadek Witalija miał przed rewolucją domek z ogrodem. Sowieci go zabrali. Pozwolili choć wybrać mieszkanie (w bloku). Pradziadek zdecydował się na ul. Nadbrzeżną, by mieć widok na Muchawiec. W ciepłe dni trakt przy Muchawcu tętni życiem – zakochane pary, bawiące się dzieci, stoiska z watą cukrową.

    W Brackiej Cerkwi Bazyli Pantelewicz prowadził chór. Wspólnie z grupą innych brześcian tworzyli przy rosyjskim gimnazjum Towarzystwo Muzyczne. Odwiedziliśmy jego dom przy ul. Kościuszki. Za Sowietów zakwaterowano tam trzy rodziny. Rodzina mieszkająca od ulicy nie odpowiadała na pukanie, spróbowaliśmy więc od ogrodu. Otworzyła nam pani z dzieckiem – początkowo słuchała nas bez entuzjazmu, by w końcu się do nas przekonać i pokazać, co zostało z domu pradziadka.

    Wieczorem poszliśmy zobaczyć ruiny Twierdzy Brzeskiej. Wznosząc ją, car rozkazał zrównać dawny Brześć z ziemią. Od 1919 r. twierdza należała do Polski. Za ZSRR postawiono tu gigantyczny, złowieszczy pomnik radzieckiego sołdata, wyższy być może niż dziesięciopiętrowy blok mieszkalny. Straszny żołnierz chciał nam przypomnieć, kto tu rządził (rządzi?). Księżyc się go jednak nie bał i oświetlał z równą mocą tak sołdata, jak i wędkarzy, łowiących ryby przy skarpie obok murów twierdzy.


  3. Drewniane wileńskie przedmieścia

    Od zgiełku i turystyczności centrum litewskiej stolicy uciekliśmy – początkowo za rzekę, do Zwierzyńca (lit. Žvėrynas), a potem za tory, w głąb Nowego Światu. Obydwie te podróże – na północ i południe Wilna – przedstawiają powyższe zdjęcia. Wspólna dla tych opowieści jest drewniana, podmiejska zabudowa i ślady prawosławia (być może także obecności Rosjan – osiedlali się tu ponoć zwłaszcza za rozbiorów, gdy Wilno znalazło się w Cesarstwie Rosyjskim i gdy na Nowym Świecie powstał dworzec kolei łaczącej Wilno z Petersburgiem). Te drewniane domy są piękne – ciche, autentyczne, na uboczu; często także w bardzo dobrym stanie (najwyraźniej ich urok doceniają także nowi właściciele). Szliśmy tymi podmiejskimi szlakami i wyobrażaliśmy sobie życie tutaj sto lat temu.

    Weszliśmy na prawosławny cmentarz i krętą ścieżką między grobami dotarliśmy do małej cerkiewki (wybudowano ją na kształt kapliczki). W środku zastaliśmy sprzątaczkę, zmywającą podłogę. Skinęła bez słowa, żebyśmy weszli dalej. Ania myślała, że to wyjątkowy ikonostas – tylko z wrotami królewskimi, pozbawiony wrót diakońskich, bocznych. Rzeczywiście były mało widoczne. Wkrótce jedne z tych nieistniejących wrót się otwarły i przed ikonostasem przeszedł prawosławny ksiądz. Potem skierował się w naszą stronę, minął nas i wyszedł. Ania uznała to za wyniosłość. Ja pomyślałem raczej, że chciał nam dać sposobność obejrzenia cerkiewki w ciszy.

    Więcej o drewnianej zabudowie Zwierzyńca można się dowiedzieć z artykułu Jerzego Szałygina.


Built with Berta.me