Karol Pantelewicz

Zdjęcia, trochę tekstu. Notatki z miejsc i spraw, które znajdują się często blisko, chociaż na uboczu.

  1. Brześć nad Bugiem

    Część I. Warszawa

    „To czemu przyjechałeś studiować do Warszawy?” – nauczyłem się, że to pytanie zawsze nieuchronnie następuje po „Skąd jesteś?”. Jestem z Krakowa. Na Filmówkę mnie nie przyjęli, a Uniwersytet Warszawski był jedyną państwową uczelnią, na której mogłem studiować fotografię. Tak tu trafiłem. Przypadkiem.

    Na pierwszym albo drugim roku wybrałem ciekawy „ogun” (tak studenci nazywają przedmioty ogólnouniwersyteckie) o ikonie prawosławnej. Dziadek był prawosławny i chciałem się dowiedzieć czegoś o jego kulturze (z dzieciństwa pamiętam jedynie sporadyczne wizyty w cerkwi przy Szpitalnej – jak przez mgłę, mgłę mocno okadzanej cerkwi). Przygotowując referat zaliczeniowy, poprosiłem współprowadzącego zajęcia, młodego doktoranta, o rozmowę. Umówiliśmy się w BUW-ie:

    - Twoja rodzina pochodzi z kresów? – zapytał na wstępie.
    - Tak.
    - A czy może z Brześcia? – pytanie było już niebezpiecznie konkretne.
    - Tak…
    - A czy twój pradziadek był adwokatem i prowadził w Brześciu chór cerkiewny?
    - Tak!

    Pradziadek Witalija, mojego młodego doktoranta, również prowadził chór. Nasze rodziny się znały i lubiły. Były członkami małej inteligenckiej brzeskiej społeczności. Wojna je rozdzieliła. My, prawnukowie, spotkaliśmy się po latach. Przypadkiem.

    Podczas wojny mój pradziadek zginął w hitlerowskim więzieniu, a dziadek musiał przerwać studia. Po wojnie dokończył je w Krakowie. Obydwaj studiowali na Uniwersytecie Warszawskim. Kontynuuję tę tradycję. Przypadkiem.

    Wracaliśmy wczoraj z Anią z „Całonocnego czuwania” Rachmaninowa, ze Studia Lutosławskiego na Mokotowie. Wsiedliśmy do metra na stacji Wierzbno. Witalij siedział przy drzwiach wagonu z małą gałązką jaśminu w ręku (Witalij lubi kwiaty). Spotkaliśmy się przypadkiem.

    Część II. Brześć

    Jadąc z mamą do Brześcia, nie wiedzieliśmy czego się spodziewać. Przed wyjazdem przeczytałem tylko, że białoruskie miasta niewiele różnią się od naszych (może tylko, jak się potem okazało, są czystsze). Na miejscu, u naszych drogich Michalczuków, poczuliśmy się jak dawno nie widziani przyjaciele (bo rzeczywiście ostatni z Pantelewiczów był w Brześciu jakieś siedemdziesiąt lat temu). Pradziadek Witalija miał przed rewolucją domek z ogrodem. Sowieci go zabrali. Pozwolili choć wybrać mieszkanie (w bloku). Pradziadek zdecydował się na ul. Nadbrzeżną, by mieć widok na Muchawiec. W ciepłe dni trakt przy Muchawcu tętni życiem – zakochane pary, bawiące się dzieci, stoiska z watą cukrową.

    W Brackiej Cerkwi Bazyli Pantelewicz prowadził chór. Wspólnie z grupą innych brześcian tworzyli przy rosyjskim gimnazjum Towarzystwo Muzyczne. Odwiedziliśmy jego dom przy ul. Kościuszki. Za Sowietów zakwaterowano tam trzy rodziny. Rodzina mieszkająca od ulicy nie odpowiadała na pukanie, spróbowaliśmy więc od ogrodu. Otworzyła nam pani z dzieckiem – początkowo słuchała nas bez entuzjazmu, by w końcu się do nas przekonać i pokazać, co zostało z domu pradziadka.

    Wieczorem poszliśmy zobaczyć ruiny Twierdzy Brzeskiej. Wznosząc ją, car rozkazał zrównać dawny Brześć z ziemią. Od 1919 r. twierdza należała do Polski. Za ZSRR postawiono tu gigantyczny, złowieszczy pomnik radzieckiego sołdata, wyższy być może niż dziesięciopiętrowy blok mieszkalny. Straszny żołnierz chciał nam przypomnieć, kto tu rządził (rządzi?). Księżyc się go jednak nie bał i oświetlał z równą mocą tak sołdata, jak i wędkarzy, łowiących ryby przy skarpie obok murów twierdzy.


Built with Berta.me